Od finansowego resetu do 20 000 zł na giełdzie – dokładam do ETF-u S&P 500

Jeszcze kilka miesięcy temu pisałem tutaj o finansowym resecie, utracie dużej części wcześniej zgromadzonego kapitału i konieczności poukładania wszystkiego praktycznie od nowa. Dzisiaj nadal nie mogę powiedzieć, że wróciłem do miejsca, w którym chciałbym być, ale po raz pierwszy od dłuższego czasu mam poczucie, że sytuacja zaczyna się stabilizować. Jednym z bardziej konkretnych znaków tej zmiany jest kolejna większa wpłata na giełdę. Tym razem dokładam 6600 zł do ETF-u na S&P 500, dzięki czemu wartość mojego portfela giełdowego zbliży się do około 20 000 zł.

Nie traktuję tej kwoty jako jakiegoś wielkiego sukcesu inwestycyjnego. W skali całego rynku 20 tys. zł nie robi szczególnego wrażenia, a są inwestorzy, dla których podobna suma jest pojedynczą miesięczną wpłatą. Dla mnie znaczenie jest jednak zupełnie inne. Po kilku trudnych finansowo miesiącach znowu pojawiła się możliwość przeznaczenia większej kwoty nie na gaszenie bieżących problemów, ale na dalsze budowanie kapitału. I właśnie ten moment chciałem tutaj zapisać.

Finansowy reset był dopiero początkiem

Kiedy kilka miesięcy temu pisałem o resecie mojego systemu finansowego, sytuacja wyglądała zdecydowanie gorzej. Problemy związane z kryptowalutami oznaczały utratę dużej części wcześniej zgromadzonych oszczędności, a najbardziej bolała nie sama liczba na ekranie, tylko świadomość, ile czasu potrzeba było, żeby ten kapitał wcześniej zbudować.

Oszczędności nie pojawiają się przecież z dnia na dzień. To efekt wielu miesięcy i lat, w których część pieniędzy nie została wydana, tylko odłożona albo zainwestowana. Kiedy duża część tego znika, bardzo łatwo wpaść w pułapkę myślenia, że trzeba jak najszybciej wszystko odrobić. Im większa strata, tym większa pokusa, żeby zwiększyć ryzyko, wejść mocniej w spekulację albo szukać inwestycji, która pozwoli wrócić do poprzedniego poziomu w możliwie krótkim czasie.

Właśnie tego chciałem uniknąć. Zamiast próbować odrobić stratę jednym ruchem, postanowiłem zacząć jeszcze raz, spokojniej i bez narzucania sobie konkretnego terminu. W pewnym momencie mój odbudowywany portfel kryptowalutowy miał zaledwie kilkaset złotych. Z perspektywy wcześniejszych kwot wyglądało to wręcz symbolicznie, ale z czasem zacząłem dochodzić do wniosku, że nie chodzi o to, ile mam danego dnia. Ważniejsze było to, że cały mechanizm ponownie ruszył i że znowu zacząłem budować.

Po drodze pojawił się jeszcze samochód

Gdyby finanse osobiste można było prowadzić wyłącznie według arkusza kalkulacyjnego, wszystko byłoby znacznie prostsze. Co miesiąc stała kwota na inwestycje, rosnący portfel, procent składany i wykres idący mniej lub bardziej konsekwentnie do góry.

Problem w tym, że normalne życie tak nie wygląda.

W tym roku pojawił się u mnie jeszcze jeden bardzo duży wydatek, czyli zakup samochodu za około 44 tys. zł. Na początku miałem około 10 tys. zł własnych środków, około 25 tys. zł zostało sfinansowane pożyczką, a dodatkowe 10 tys. zł musiałem chwilowo pożyczyć od znajomych.

Po wcześniejszych problemach finansowych nie był to oczywiście idealny moment na taki wydatek, ale samochód był potrzebny i decyzja została podjęta. Najbardziej zależało mi później na tym, żeby możliwie szybko pozbyć się prywatnego zobowiązania wobec znajomych. Te 10 tys. zł udało mi się już całkowicie oddać, dzięki czemu ten temat mam za sobą.

Pozostała oczywiście pożyczka związana z samym samochodem, ale jest ona już normalną częścią domowego budżetu, a nie czymś, co siedzi z tyłu głowy i powoduje dodatkowy dyskomfort.

Sprzedaż starej Toyoty uwolniła 14 000 zł

Kolejnym etapem była sprzedaż naszego poprzedniego samochodu. Stara Toyota znalazła nowego właściciela za 14 tys. zł, więc część pieniędzy, która wcześniej była zamrożona w samochodzie, ponownie zamieniła się w gotówkę.

Od razu pojawiło się pytanie, co zrobić z odzyskanym kapitałem. Teoretycznie mógłbym całą kwotę przeznaczyć na inwestycje, ale po wydarzeniach ostatnich miesięcy znacznie bardziej doceniam znaczenie płynności finansowej. Dlatego nie chciałem wrzucać wszystkiego na rynek tylko po to, żeby szybciej podnieść wartość portfela.

Ostatecznie 6600 zł przeznaczam na ETF na S&P 500, a pozostała część pieniędzy zostaje jako rezerwa. Na obecnym etapie taki podział wydaje mi się po prostu rozsądny. Z jednej strony nadal inwestuję i konsekwentnie odbudowuję kapitał, a z drugiej nie pozbawiam się gotówki, która może być potrzebna przy kolejnym większym wydatku.

Dlaczego akurat ETF na S&P 500?

S&P 500 nie jest najbardziej ekscytującą inwestycją, jaką można znaleźć na rynku. I właśnie to coraz bardziej mi odpowiada.

Przez lata interesowałem się kryptowalutami, Bitcoinem, poszczególnymi projektami i znacznie bardziej zmiennymi segmentami rynku. Nadal nie zamierzam z tego całkowicie rezygnować i Bitcoin wciąż ma swoje miejsce w moim portfelu. Po ostatnich doświadczeniach coraz bardziej zależy mi jednak na tym, żeby nie opierać całego systemu finansowego na jednym rodzaju aktywów.

ETF na S&P 500 daje mi ekspozycję na dużą grupę największych amerykańskich przedsiębiorstw. Nie muszę wybierać jednej konkretnej spółki i zastanawiać się, czy za pięć albo dziesięć lat nadal będzie w dobrej kondycji. Kupuję szeroki fragment rynku i akceptuję zarówno jego potencjał wzrostowy, jak i okresowe spadki.

Nie twierdzę przy tym, że S&P 500 jest rozwiązaniem idealnym ani że każdy powinien inwestować właśnie w ten sposób. Można wybrać indeks globalny, można inaczej rozłożyć ekspozycję geograficzną, można też budować portfel z pojedynczych akcji. W moim przypadku największą zaletą ETF-u jest prostota i to, że dobrze pasuje do podejścia długoterminowego.

Nie próbuję zgadywać idealnego momentu

Nie wiem, gdzie S&P 500 będzie za miesiąc, pół roku albo za rok. Być może kupuję przed kolejnym wzrostem, a być może za kilka tygodni rynek spadnie i jednostki ETF-u będzie można kupić taniej. Nie ma sposobu, żeby wiedzieć to wcześniej z wystarczającą pewnością.

Dlatego coraz mniej interesuje mnie próba trafienia w idealny moment wejścia. Jeżeli mam wolne środki, odpowiednią rezerwę i chcę zwiększyć udział rynku akcji w swoim portfelu, po prostu dokładam kapitał.

Te 6600 zł nie ma zarobić szybko. To pieniądze, które mają pracować przez wiele kolejnych lat. Z takiej perspektywy różnica kilku procent w momencie zakupu ma dla mnie znacznie mniejsze znaczenie niż samo konsekwentne budowanie pozycji.

Około 20 000 zł na giełdzie

Po obecnym zakupie wartość mojego portfela giełdowego będzie wynosiła około 20 tys. zł. To nie są wszystkie moje aktywa ani cały majątek, tylko część środków ulokowana na tradycyjnym rynku kapitałowym.

Sama liczba jest jednak dla mnie pewnego rodzaju punktem orientacyjnym. Jeszcze kilka miesięcy temu pisałem o resecie i o zaczynaniu praktycznie od początku. Teraz mogę jednorazowo dołożyć 6600 zł do ETF-u i zbliżyć wartość portfela giełdowego do poziomu 20 tys. zł.

Nie oznacza to, że wszystko zostało już odbudowane. Daleko mi jeszcze do tego. Pokazuje jednak, że sytuacja zaczyna wyglądać inaczej niż na początku roku i że ponownie pojawia się możliwość regularnego zwiększania kapitału.

Na tym etapie najważniejsze są wpłaty

Przy portfelu o wartości 20 tys. zł sam rynek nie wykona jeszcze za mnie najważniejszej pracy. Nawet bardzo dobry rok giełdowy, zakończony wzrostem o 10%, oznaczałby około 2000 zł zysku. Tymczasem jedna większa wpłata, taka jak obecne 6600 zł, ma znacznie większy wpływ na wartość całego portfela.

To dobrze pokazuje, jak wygląda początkowa faza budowania kapitału. Najważniejsza nie jest wtedy maksymalizacja stopy zwrotu, ale zdolność do regularnego generowania nadwyżek i przekazywania ich na inwestycje.

Dopiero kiedy portfel osiąga znacznie większe wartości, rynek zaczyna wykonywać coraz większą część pracy. Przy 200 czy 500 tys. zł roczne wahania mogą być większe niż suma kolejnych wpłat. Przy 20 tys. zł głównym silnikiem wzrostu nadal pozostaje jednak inwestor i jego zdolność do dalszego dokładania pieniędzy.

Dlatego nie ekscytuję się przesadnie tym, czy w danym roku ETF zarobi kilka procent więcej czy mniej. Na obecnym etapie znacznie większe znaczenie ma dla mnie to, czy za kilka miesięcy będę w stanie ponownie dołożyć kolejne kilka tysięcy złotych.

Nie chcę odrabiać strat, tylko budować od nowa

To chyba najważniejsza zmiana w moim podejściu po wydarzeniach z początku roku. Przestałem myśleć o tym, jak szybko odzyskać wszystko, co straciłem.

Takie podejście bardzo łatwo prowadzi do zwiększania ryzyka. Jeżeli ktoś stracił dużą część kapitału i postawi sobie za cel odrobienie go w krótkim czasie, zwykła stopa zwrotu z szerokiego rynku zaczyna wyglądać mało atrakcyjnie. Pojawia się pokusa szukania bardziej agresywnych inwestycji, dźwigni albo aktywów, które potencjalnie mogą dać wielokrotnie wyższy zwrot.

Problem w tym, że w ten sam sposób można jeszcze bardziej pogorszyć swoją sytuację.

Dlatego wolę myśleć o tym inaczej. Nie odrabiam straty. Buduję nowy kapitał.

To może brzmieć jak niewielka różnica językowa, ale dla mnie ma ogromne znaczenie. Odrabianie wymusza ciągłe porównywanie się z przeszłością. Budowanie pozwala skupić się na tym, co można zrobić dzisiaj i jutro.

Jeżeli obecnie mam około 20 tys. zł na giełdzie, to właśnie od tego poziomu zaczynam dalszą drogę. Dawny stan portfela nie ma wpływu na to, ile pieniędzy będzie w nim za pięć czy dziesięć lat. Znaczenie mają decyzje podejmowane od teraz.

Kryptowaluty zostają, ale system będzie szerszy

Nie zamierzam całkowicie odchodzić od kryptowalut. Bitcoin nadal mnie interesuje i nadal widzę dla niego miejsce w swoim portfelu. Jednocześnie wydarzenia ostatnich miesięcy mocno przypomniały mi, jak ważna jest dywersyfikacja.

Nie chcę już, żeby cały kapitał inwestycyjny był związany z jednym rynkiem, jednym rodzajem aktywów albo jednym ekosystemem. ETF na S&P 500 jest więc dla mnie nie tyle zamiennikiem kryptowalut, co kolejnym elementem znacznie szerszej układanki.

Z jednej strony mam Bitcoin i ekspozycję na rynek kryptowalut. Z drugiej rynek akcji poprzez ETF. Do tego dochodzi gotówka i rezerwa finansowa, której po tegorocznych doświadczeniach zdecydowanie nie chcę lekceważyć.

Taki układ może nie jest najbardziej agresywny pod względem potencjalnej stopy zwrotu, ale obecnie znacznie bardziej zależy mi na stabilności całego systemu niż na maksymalizacji zysku za wszelką cenę.

Gotówka też ma swoją wartość

Jedną z ważniejszych lekcji po zakupie samochodu było dla mnie również to, jak wiele znaczy zwykła płynność finansowa. Dopóki wszystko idzie zgodnie z planem, łatwo traktować pieniądze leżące na koncie jako niewykorzystany kapitał. Gdy jednak pojawia się większy wydatek, gotówka nagle staje się jednym z najbardziej komfortowych aktywów, jakie można posiadać.

Właśnie dlatego z 14 tys. zł uzyskanych ze sprzedaży Toyoty inwestuję 6600 zł, a nie całość. Nie chcę ponownie znaleźć się w sytuacji, w której większość pieniędzy jest ulokowana, a każdy większy wydatek wymaga sprzedaży aktywów albo pożyczania.

Być może z czysto matematycznego punktu widzenia bardziej opłacalne byłoby ulokowanie całych 14 tys. zł w ETF-ie. Jeśli rynek mocno wzrośnie, łatwo będzie później policzyć, ile potencjalnego zysku ominęło mnie przez pozostawienie części gotówki poza giełdą.

Nie przeszkadza mi to.

Spokój wynikający z posiadania rezerwy także ma swoją wartość, nawet jeśli nie da się jej bezpośrednio wpisać w tabelę ze stopą zwrotu.

Czy wychodzę już na prostą?

Jeszcze nie do końca.

Nadal mam do odbudowania znacznie więcej kapitału i nadal istnieją zobowiązania związane z zakupem samochodu. Nie chcę więc przedstawiać obecnej sytuacji jako wielkiego finansowego zwycięstwa albo zamknięcia trudnego okresu.

Widzę jednak wyraźną zmianę kierunku.

Najpierw był mocny finansowy cios i konieczność zresetowania wcześniejszego systemu. Później przyszły pierwsze małe wpłaty i próba odzyskania normalnego podejścia do inwestowania. W międzyczasie pojawił się zakup samochodu, który ponownie mocno obciążył płynność. Udało mi się jednak oddać prywatnie pożyczone pieniądze, sprzedać stary samochód i odzyskać część kapitału.

Teraz 6600 zł ponownie trafia na rynek, tym razem do ETF-u na S&P 500, a wartość portfela giełdowego zbliża się do około 20 tys. zł.

Nie jest to jeszcze moment, w którym mogę powiedzieć, że wszystko wróciło do normy. Jest to jednak pierwszy od dłuższego czasu moment, w którym mam poczucie, że zamiast zajmować się wyłącznie skutkami wcześniejszych wydarzeń, znowu zaczynam patrzeć do przodu.

Dalej chcę po prostu dokładać

Nie wyznaczam sobie obecnie konkretnej daty, do której portfel ma osiągnąć 50 czy 100 tys. zł. Takie cele potrafią dobrze wyglądać w arkuszu, ale życie już kilka razy pokazało mi, że nie zawsze chce współpracować z planem.

Wolę prostsze założenie. Jeżeli pojawia się nadwyżka finansowa, a rezerwa pozostaje na rozsądnym poziomie, część pieniędzy trafia na inwestycje. Czasem będzie to kilkaset złotych, czasem kilka tysięcy, a czasem przez pewien okres nie będzie żadnej wpłaty.

Najważniejsze jest dla mnie utrzymanie kierunku.

Dzisiaj dokładam 6600 zł do ETF-u na S&P 500 i dochodzę do około 20 000 zł na giełdzie. Być może za kilka lat spojrzę na tę kwotę jak na niewielki fragment dużo większego portfela. Jeśli tak się stanie, ten wpis będzie dobrym przypomnieniem momentu, w którym po bardzo chaotycznym finansowo roku wszystko zaczęło się powoli ponownie układać.

Nie jestem jeszcze na prostej, ale mam coraz mocniejsze poczucie, że znowu zmierzam w dobrą stronę. I na ten moment właśnie to jest dla mnie najważniejsze.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *